piątek, 12 czerwca 2015

Minuty przed kompromitacją

Kolejny raz z rzędu okazuję się zbyt dużym optymistą przed startem i ponoszę druzgocącą porażkę w trakcie zawodów. Nie przyzwyczajony do tak częstych upadków wstaję po raz kolejny zniesmaczony i daję sobie kolejną szansę, bo cel cały czas ten sam - Ironman..
Przechodzę od razu do wyników, bo nie ma co owijać w bawełnę. Dyscyplina: Czas z tego roku (+ więcej / - mniej względem zeszłego roku)

czwartek, 21 maja 2015

Do startu, gotowi, ... czy aby na pewno?

Ostatnie dwa tygodnie do startu w Sierakowie rozpoczęły się kilkanaście godzin temu. W tym momencie powinienem być przekonany, że jestem świetnie przygotowany i pewnie zmierzam do celu, którym jest 5 godzin na dystansie średnim (pół Ironman). Tak jednak nie jest...

środa, 1 kwietnia 2015

Nie samym bieganiem żyje człowiek - Chile 2015

Wprawdzie było to 2 miesiące temu, ale dopiero teraz znalazłem chwilę i motywację (albo chęci), żeby kilka słów napisać o moim "wakacyjnym" wypadzie na drugą półkulę. 

Kiedy ma się kilka pasji, dobrze jest jak one nie kolidują ze sobą, a jeszcze lepiej jeśli łączą się i współgrają. Dlatego cieszę się, że moja miłość do podróży całkiem nieźle współpracuje z bieganiem i triathlonem. Sport zszedł na drugi plan na przełomie stycznia i lutego, kiedy to wybrałem się na wyprawę do Chile. 

Flaga Chile


Okazja nadarzyła się dość spontanicznie, ale z takich okazji aż żal nie skorzystać, mimo, że skutki "finansowe" odczuwam do dnia dzisiejszego. Oczywiście przy okazji wyjazdu zacząłem od razu szukać możliwy zawodów i biegów, w których mógłbym wystartować. Niestety nasz przylot przypadał na środek lata (temperatura 35-40 stopni), więc i zawodów żadnych nie było. Tak, więc pozostawało mi ograniczyć się do treningów, o których także wspomnę w tym wpisie.


Lot, strefa, klimat


Kiedy w Polsce zima trwała w najlepsze (końcówka stycznia), ja byłem ubrany w krótkie spodenki, bezrękawnik, klapki i okulary przeciwsłoneczne, ponieważ w Chile właśnie był środek lata. Wylot z Warszawy, przesiadka w Paryżu i po 2h + 14h godzinach lotu wylądowałem w Santiago - stolicy Chile. Odprawa i bramki dla ludzi spoza Chile poszły w miarę sprawnie i po opuszczeniu lotniska przywitała nas wysoka temperatura, stosunkowo wysoka wilgotność (biorąc pod uwagę, że Chile leży mniej więcej na tej samej szerokości geograficznej co Polska, tyle, że na półkuli południowej), a także bezchmurne niebo i mocne słońce (mocniejsze niż u nas, ponieważ Santiago leży na wysokości 520 m.n.p.m.). 
Zegarki przestawialiśmy "zaledwie" o 4 godziny, ze względu na to, że w Polsce mieliśmy czas zimowy, natomiast w Chile był czas letni. Obecnie ta różnica wynosi już 6 godzin. 
Podczas całego pobytu i podróżowania (3 tygodnie) trafił nam się zaledwie 1 dzień deszczowy i to też w zasadzie tylko pół dnia. Poza tym, podróżując na południe pogoda nieco się zmieniało, nieco częściej było pochmurno i noce stawały się chłodniejsze, mimo to jednak pogoda była dla nas bardzo łaskawa.

Panorama Santiago ze wzgórza St. Cristobal


Wulkany, trzęsienia ziemi i tsunami  


W odróżnieniu do Polski w Chile występują bardzo często trzęsienia ziemi. Byliśmy bliscy doświadczenia jednego, ale akurat wtedy byliśmy na południu (a trzęsienie miało miejsce w Santiago i okolicach). Są one na porządku dziennym i zdarzają się nawet kilka razy w miesiącu. 
Kolejną "atrakcją" są wulkany, który jest bardzo dużo w Chile (jeden udało nam się odwiedzić, ale o tym później). W większości są to wulkany wygasłe, które nie grożą erupcją, są jednak nadal i takie, które wciąż są aktywne i czasem wybuchają. Jakieś 2 tygodnie po naszym "odezwał się" wulkan Villarrica obok, które przejeżdżaliśmy. 
Na koniec dodam tylko o realnym zagrożeniu tsunami, przed którym ostrzegają nawet znaki drogowe. W zagrożonych miastach są także oznakowane drogi ewakuacji w razie nadchodzącej fali. Przy okazji powrotu z południa odwiedziliśmy jedną z nadmorskich miejscowości, która nie tak dawno odwiedziła niszcząca fala, która zniszczyła praktycznie wszystkie domostwa i nadmorskie atrakcje. Obecnie mieszkańcy mieszkają w bardzo wąskich domach szeregowych, które wybudował im rząd.

Znaki i sygnalizacja ostrzegająca przed nadchodzącą falą


Życie w mieście, ludzie, transport


Stolica kraju jest bardzo zbliżona to naszych większych miast, z tą różnicą, że zdecydowanie bardziej widać różnice społecznościowe. Biedne dzielnica na obrzeżach miast mają się nijak do bogatego centrum czy gór (bogaci ludzie z centrum uciekają w góry, żeby uciec przed smogiem, który unosi się nad Santiago). 
Mimo to ludzie są bardzo życzliwi i pogodni. W miarę możliwości służą też pomocą. Napisałem w miarę możliwości, ponieważ pewną barierą może być bariera językowa. Niestety angielski, nawet bardzo dobry, nie wystarczy, żeby się tu dogadać, mało kto umie tu w ogóle po angielsku. Prędzej człowiek dogada się tutaj po hiszpańsku (w Chile mówi się nieco innym hiszpańskim), portugalsku czy nawet włosku. Na południu z kolei w grę wchodzi także niemiecki, ze względu na spore zaludnienie właśnie przez ludzi z Niemiec. 
Jeśli chodzi o komunikacje miejską, to Santiago ma 5 linii metra (szósta jest w budowie), które pozwalają na bardzo dobrą komunikację po mieście. Dodatkowo kursują autobusy (nie miałem okazji skorzystać) zarówno miejskie jak i daleko bieżne, które są najlepszą opcją transportu  po kraju, jeśli ktoś nie dysponuje autem. Jeśli chodzi o samochód to jest to też dobry pomysł, ponieważ drogi i autostrady w Chile są bardzo dobre. Oznakowanie też jest ok. Cena benzyny jest podobna do tej w Polsce. Drożej jest na wyspach, na które można się przedostać głównie promami. Pierwsze jazdy w Chile mogą jednak okazać się trudne, a to ze względu na nie uznawanie przez wielu kierowców lewego pasa jako szybszego, a także czasowe zmiany organizacji ruchu w centrum Santiago (w porannych i popołudniowych godzinach szczytu niektóre ulice zmieniają się na jednokierunkowe, a w godzinach szczytu są albo w jedną albo w drugą stronę, w zależności od tego czy samochody wyjeżdżają z miasta czy do niego przyjeżdżają).
Są miejsca, na które jedyną opcją jest samolot bądź długo płynący prom (zupełne południe Chile, Wyspa Wielkanocna, Wyspa Robinsona Cruzoe). 

Nasz główny środek transportu

Kuchnia


Na ten temat można by pisać wiele, bo wbrew pozorom kuchnia chilijska jest bardzo bogata. Je się dużo owoców (często można spotkać przydrożnych sprzedawców, nawet przy autostradach!), a także warzyw. Podstawą jest chilijska sałatka składająca się z pomidora i cebuli. Używa się również dużych ilości cytryn (do skrapiania sałatek). 
Jeśli chodzi o konkrety to najsłynniejsze chyba: empanadas, czyli duże pierogi z nadzieniem do wyboru: mięsnym, serowym, jabłkami, krewetkami i w wielu innych kombinacjach, dobre na każdą porę. Słynne także humitas i choclo. Pierwsze to paczuszki z masy kukurydziano-serowej zawinięte w liście kukurydzy. Natomiast choclo to także danie na bazie masy kukurydzianej z dodatkiem mięsa i warzyw. Jest także wiele potraw z rybami lub owocami morza, których i tak nie sposób tu wymienić. Jeśli miałbym porównywać to nawiązałbym najbardziej do kuchni śródziemnomorskiej.
Na koniec napoje. Oczywiście Chile słynie z winnic, a co za tym idzie z win. Ja do wielkich koneserów wina nie należę, więc wypowiadać się nie będę. Natomiast jako ciekawostkę chciałbym wspomnieć o Pisco Sour. Jest to aperitif na bazie trunku pisco - coś w stylu brandy - soku z cytryny, ubitych białek z jaj kurzych i angostury oraz kruszonego lodu. Znakomicie orzeźwia w słoneczne dni. 

Empanada z mięsem


Sport


Jak obiecałem, tak jest. W tej kwestii mamy kolejne podobieństwo do Polski, bo także możemy zaobserwować boom na bieganie. Zwłaszcza w Santiago można spotkać bardzo dużo osób biegających, indywidualnie, grupowo, amatorsko, profesjonalnie, szybko, wolno... a do tego kolejne mnóstwo rowerzystów. Władze miasta promują sport do tego stopnia, że na weekend niektóre ulice są zamykane, aby mogli z nich bezpiecznie korzystać biegacze i rowerzyści. 
Jeśli chodzi o miejsca do biegania to mnie osobiście zachwyciło wzgórze świętego Krzysztofa (Cerro San Cristobal), na którym jest wyznaczona trasa rowerowa i ścieżki biegowe, wbiegając na górę mijamy 2 baseny, a także kilka ogrodów i punktów widokowych, aby dobiec na samą górę na wzgórze.

Figura na szczycie wzgórza św. Krzysztofa

Zwiedzanie


Chile mają bardzo wiele do zaoferowania. Siłą rzeczy w te 3 tygodnie nie udało nam się zwiedzić nawet 1/3 tego. Wyspy Wielkanocne, Wyspa Robinsona Cruzoe, Patagonia, a także pustynie Atakamy na północy... wszystko pozostało jeszcze nie odkryte, ale... i tak widzieliśmy wiele.
Stolica, Santiago, od centrum po obrzeża, od bogatych do biednych dzielnic, większość wartościowych muzeów i miejsc. Pałac prezydencki, katedra, najwyższa wieża w Ameryce Łacińskiej, Plaza de Armas, winnica Concha y Toro, to tylko z miejsc, które udało nam się odwiedzić. 
Następnie w okolicy odwiedziliśmy portowe Valparaiso (miasto, w którym komunikacją miejską są... windy) i nadmorski kurort Vina del Mar oraz Pomaire - miejscu kultury ludowej, gdzie można było zakupić ręcznie wykonane, gliniane przedmioty użytku codziennego. 
Na kolejny tydzień wyruszyliśmy na wyprawę na południ, najpierw przeprawa promowa na archipelag Chiloe, gdzie zwiedziliśmy prawie wszystko: Castro (stolicę wyspy ze słynnymi domkami na wodzie), mniejszą wysepkę Achao, a także okolice Cucao i urokliwe miasteczko rybacki Chonchi. 
W drodze powrotnej poza Puerto Montt zatrzymaliśmy się w pięknie umiejscowionych domkach nad jeziorem Llanquihue'a, skąd mieliśmy widok na wulkan Osorno, który także zdobyliśmy. Poza licznymi wycieczkami po pięknej okolicy, udało nam się także objechać całe jezioro wraz z postojami w większych miejscowościach. 
Podczas drogi powrotnej do Santiago zatrzymaliśmy się także w nadmorskiej (a w zasadzie nadoceanicznej) miejscowości... nazwa mi wypadła z głowy, niedaleko Tome w regionie Concepcionu (w którym nic nie ma).
Na sam koniec, nasz Gospodarz zafundował nam chyba największą atrakcję - wyprawa do Cajon del Maipu, wysokogórski kanion położony w Andach i piknik na wysokości 3000 m.n.p.m i kąpiel w zbiorniku wodnym na tej wysokości!

Wyprawę oczywiście oceniam mega pozytywnie i cieszę się, że miałem możliwość odwiedzić ten najlepiej rozwinięty kraj w Ameryce Południowej. Poniżej zamieszczam kilka zdjęć:

Valparaiso

Dom na skale

Domy na wodzie

Zachód słońca 

Chonchi

Słynne kościółki na Chiloe

Okolice Cucao i Ocean Spokojny w tle

Port

Wodospad

Wulkan Osorno

Wulkan Osorno

Widok z Osorno

Gotowy do odlotu na kolejne wyprawy!


wtorek, 4 listopada 2014

This is NOT your day - Frankfurt marathon

Muszę się uczciwie przyznać, że pisząc poprzedni post o moich błędach popełnionych przed maratonem byłem bardzo dobrze nastawiony na nadchodzący, wyniki 'kontrolne' były obiecujące, a ja byłem pewny... może nawet zbyt pewny, że osiągnę swój cel. Królewski dystans maratonu jednak nie da się oszukać i wszystko weryfikuje. Ale zacznijmy wszystko od początku...


Pozwoliłem sobie na lekką modyfikację zdjęcia reklamującego zawody w Frankfurcie. Nie zamierzam jednak zwalać na "zły dzień", pogodę, źle dobrany sprzęt, złą organizację, pecha ...  i tak dalej kontynuując całą możliwą wyliczankę, którą sportowiec może zasłaniać swoją słabą formę, nazwę rzeczy po imieniu - w końcu to ja wszystko... zepsułem. 

Wraz z chłopakami z Grupy biegowej Knurów wyruszyliśmy już nad ranem (o 2:00) w piątek. Podróż minęła sprawnie i zameldowaliśmy się na miejscu już około 12. Mieliśmy więc prawie 48 godzin, aby się zaaklimatyzować, a umówmy się... aklimatyzacja nie była potrzebna, bo byliśmy zaledwie 1000km od domu. Wymówka odpada.

Mimo początkowych "przygód" i "nowych doświadczeń" w związku z naszym hostelem, nie mieliśmy też problemów z zaśnięciem, wyspaniem się w spokoju, a także drzemkami w ciągu dnia jeśli była taka konieczność. Dodatkowo odbyliśmy dwa krótkie (6-cio kilometrowe) treningi - na rozruszanie. Druga wymówka odpada.


Żywieniowo też się nie zaniedbywałem, zwłaszcza, że chłopaki wzięli prowiantu na co najmniej tydzień. Znaleźliśmy także restaurację, która serwowała bardzo dobre makarony i tam też zawitaliśmy w piątek wieczorem, a także w sobotę, przed zawodami. Dodatkowo zaliczyliśmy pasta party - bardzo dobre, a także uzupełniliśmy płyny najlepszym izotonikiem - piwem. Kolejna wymówka odpadła. 

W dzień zawodów, jak i podczas całego weekendu pogoda była niemalże idealna. Delikatne słoneczko, lekki wiatr, brak opadów i temperatura około 15 stopni. Nie było czego się przyczepić, tak jakby organizatorzy specjalnie załatwili pogodę na te zawody, które przypomnijmy... zaliczają się do serii: IAAF Road Race Gold Label, najlepiej zorganizowanych, najszybszych i stojących na najwyższym poziomie zawodów. Wymówek brak!

Zdjęcie na pocieszenie z trzecim zawodnikiem MŚ na Hawajach w 2014 roku - Jan Frodeno

Przejdźmy do biegu. Wstałem na czas, zjadłem lekkie śniadanie i ubrałem się do wyjścia. Wszystko spakowane miałem już dzień wcześniej, więc nie musiałem się stresować i spieszyć. Na miejscu dało się wyczuć lekki stres wśród wszystkich zgromadzonych osób, ale to nic dziwnego, to przecież królewski dystans. Korzystając po raz ostatni z toalety udaliśmy się do szatni, a także do depozytu, żeby zostawić rzeczy. Wziąłem tylko otrzymaną w pakiecie startowym reklamówkę, która służyła za "koszulkę", która ograniczała stratę ciepła. Ustawiłem się w swojej pierwszej strefie - zawodnicy, którzy planują pobiec poniżej 3h15min. Taki był mój plan minimum, chociaż po prawdzie to nie brałem go pod uwagę - w myślach widziałem tylko 3:00:00. 

Wystartowaliśmy punktualnie o 10.00, jednak linię startu przekroczyłem dopiero po kilku chwilach - ilu? Nie wiem, nie biegam z żadnym pomiarem czasu, więc była to dla mnie niewiadoma X. Początek mimo szerokich ulic, dość gęsty. Ciężko wyprzedzać, ale wiem, że Ci zawodnicy biegną na podobny do mojego (planu) czas, więc trzymam się w grupie wyprzedzając raz po raz, kiedy tylko pojawia się wolna przestrzeń. Dobiegam do pierwszego pomiaru czasu na 5-tym kilometrze, a tam... 23:10. Szybka analiza... ciężko określić tempo, bo mamy ciągle niewiadomą "X". Optymistycznie zakładam, że wynosi jakieś 3 minuty, lecimy do 10. kilometra. Ścisk nadal, a do tego trasa zaczyna coraz bardziej się "kręcić". Tempo podobne, więc będę mógł precyzyjnie określić ile wynosi niewiadoma "X". Na zegarze... 44.53, czyli kolejna piątka przebiegnięta w tempie 21.43... zdecydowanie za wolno.

Od 11. kilometra zaczyna się robić trochę luźniej, dlatego korzystam z okazji i przyśpieszam, mimo że od początku odczuwam dyskomfort w udach i łydkach. Czyżby jeszcze półmaraton dawał się we znaki? Nie myślę o tym i nakręcam się coraz bardziej. "Łapie" wzrokowo kolejnych zawodników i mijam ich, zawodnik po zawodniku, jest nieźle - kolejny pomiar czasu i: 1:06:00 - 5km w 21.07. Jest w końcu tempo, które pozwoli mi złamać te 3 godziny. W międzyczasie trafiam na drugą stronę Menu. Doping także i tu jest, ludzie "biesiadują" przy piwko i muzyce, dopingują nas... szkoda, że czuję się coraz słabszy. Nie patrzę na 20. kilometrze na zegar, czekam na oznaczenie połówki - 1:32:28. I znów pytanie o tą niewiadomą "X", jeśli to faktycznie 3 minuty to jest nieźle, nie biorę pod uwagę zmęczenia. 

Tak kibicowali mi w Polsce za co bardzo jestem wdzięczny


Druga połowa, to w niej mam trafić na tą ścianę, na razie mam schody, wracamy na drugą stronę Frankfurtu, już bliżej niż dalej powtarzam sobie, ale czuję, że jest coraz wolniejszy i kolejni zawodnicy mnie mijają. Podejmuję walkę, podczas zbiegów wydłużam krok. 25. kilometr - 1:49:40. Tempo około 22 minuty na 5. kilometrów. Wciąż kręcę się w okolicach czasu na mecie 3 godzin, ale uświadamiając sobie jak bardzo już jestem zmęczony staje się on dla mnie coraz bardziej odległy. 

30. km - 2:13:05, podejmuję próby optymistycznej kalkulacji, że jeszcze nie wszystko stracone. Długa prosta jednak działa na psychikę, biegnę, biegnę i mam coraz mniej sił. Niestety zaczynam sobie uświadamiać, że ten maraton mnie pokonał i 3 godzin nie złamię. Potwierdza to zegar na 35. kilometrze - 2:38:25. Pozostaje nieco ponad 7 kilometrów. Zakładając moje 3 minuty na starcie czas: 2:35:25... ruszając od teraz w tempie 4min/km dotarłbym w przedziale 3:00 a 3:05.

Ostatnie kilometry jednak szybko weryfikują moje kalkulacje. Zaczynam walczyć o każdy metr... na każdym punkcie żywieniowym staram się nie zatrzymać, nie przejść do marszu. Około 38. kilometra przegrywam walkę i przechodzę do marszu, wybijając wodę i izotonik. Wszyscy wokół mnie także walczą. Czuję, że mój krok jest zdecydowanie krótszy od tego na początku, staram się skupiać na tym, aby go wydłużyć, ale... nie da się albo przestaje o tym myśleć i wraca do "normy". Jeszcze 2-3 razy przechodzę do marszu i trafiam na ostatni zegar przed metą: 40 kilometrów w 3:05:47. Problem więc będzie, żeby chociaż zmieścić się w 3h15min. Dla potwierdzenia przebiega obok mnie pacemaker z balonikiem, właśnie z takim napisem.

Na finisz nie mam siły, wbiegam na czerwony dywan i wcale nie czuję dumy, mijam linię mety i nie unoszę rąk w górę w geście triumfu, wynik 3:16:26 świętuję milczeniem, spuszczam głowę i odchodzę stamtąd, na tarczy. Dzisiaj przegrałem... królewskiego dystansu maratonu nie da się oszukać. Wypunktował mnie, jak doświadczony bokser jakiegoś żółtodzioba w ringu, bezlitośnie, pokazując wszystkie słabości i nie pozostawiając złudzeń.

Popełniłem na pewno dwa błędy, które muszę wyeliminować w przyszłości:

  • Półmaraton na tydzień przed startem, który pobiegłem na maksa, nie oszczędzając się
  • Brak długich wybiegań w całym okresie przygotowawczym. 

Ta porażka zmotywowała mnie jednak jeszcze bardziej do treningu. Mam nadzieję na dobrze przepracowaną zimę, a wiosną... liczę na to, że rol się obrócą!

niedziela, 19 października 2014

Uczcie się na... moich błędach

Dzisiaj lekcja pokory, przestroga dla cwaniaków (jak ja) i optymistyczne spojrzenie na przyszłość!

Człowiek uczy się całe życie - to fakt. Człowiek uczy się na błędach - to każdy na własnej skórze się przekonał. Najważniejsze jednak, aby tych błędów nie powtarzać. 

Ostatni wpis miał miejsce jeszcze na amerykańskim kontynencie dlatego też będę kontynuował moją historię od tamtego wpisu. Przygotowania do maratonu postępowały, a na campie regularnie biegałem (średnio 5-6 treningów tygodniowo). Założenie długich wybiegań niestety legło w gruzach z powodu zbyt małej ilości czasu, czułem jednak, że i bez tego forma rośnie. 
Problemy zaczęły się pojawiać kiedy opuściliśmy camp i zaczęliśmy zwiedzać. Z powodów podróży, wycieczek i karaibskich warunków pogodowych nie miałem okazji na regularne treningi. Udało mi się raz udać na trening w Miami, raz podczas rejsu (biegałem po bieżni na statku - mimo wszystko, średnia przyjemność) i raz w NY... obowiązkowo w Central Parku!

Zapis satelitarny treningu w Central Parku, NY

Tak więc, zaległości treningowe musiałem nadrabiać dopiero po powrocie do Polski. I tu kończy się przydługi wstęp do notatki "o moich błędach".

Już wcześniej znalazłem sobie plan treningowy, aby złamać 3 godziny w maratonie. Jedynym problemem było, że był on rozpisany na 12 tygodni, a mnie od startu na królewskim dystansie dzieliło zaledwie 6 tygodni... I tu pojawiła się pierwsza "błyskotliwa" myśl: Rozpocznę przygotowania bezpośrednio od 7-go tygodnia! Długo nie myślał... tak zrobił.

Początkowo realizowany przeze mnie plan treningowy

Na zielono odznaczałem wykonane treningi, na pomarańczowo treningi, które robiłem, ale nie udało mi się utrzymać zadanego tempa, a na czerwono treningi, które nie zostały zrealizowane. Pierwszy tydzień, od którego rozpocząłem był w całym planie najmocniejszy, a ja... z zaległościami w jakichkolwiek treningach wbiłem się w niego i ... jakoś wymęczyłem te treningi. Jak widać wytrzymałość tempowa i długie wybiegania były trochę poza moim zasięgiem. Cały tydzień biegałem z zakwasami i byłem zmęczony, ale... robiłem swoje, bo maraton się zbliżał. Drugi tydzień dał już widoczne efekty, wszystko szło po myśli, treningi realizowane, a jedyny, który nie został wykonany został celowo zastąpiony startem na 10km w Knurowie, gdzie zająłem 3-cie miejsce wśród Knurowian, z nowym rekordem życiowym: 38.15.

Dekoracja najlepszych Knurowian

Według planu treningowego na 10 kilometrów czas powinien być 38:00, a półmaraton 1:25:00. Także byłem bardzo blisko celu (10km) i wydawało się, że można spokojnie zaczynać przygotowania w połowie planów treningowych. Nic jednak bardziej mylnego, w kolejnym tygodniu z przemęczenia organizmu dopadła mnie choroba i rozłożyła na łopatki na kilka dni. Oczywiście o treningach nie było mowy, była jedynie walka aby zdążyć przed kolejną niedzielą i Biegnij Warszawo, w której chciałem wystartować. Chciałem i wystartowałem, ale... jeszcze chory z kaszlem, pobiegłem 3 minuty wolniej niż tydzień wcześniej w Knurowie.
Doleczyłem się do końca, przez co straciłem w sumie 10 dni i ... nie wiedziałem w zasadzie na czym stoję. Stwierdziłem, że pójdę za głosem serca i nie patrząc na plan będę robił treningi takie, które nie będą ponad moje siły, a pozwolą się odpowiednio przygotować na próbę generalną - I Półmaraton Gliwicki (na tydzień przed startem w maratonie). 
Właśnie dziś była ta próba i muszę powiedzieć, że jestem dobrej myśli - nowy rekord życiowy: 1:24:37 i osiągnięty zamierzony cel (1:25:00 w półmaratonie). Pozostaje 6 dni i ... MARATON. W planach 3 dni mocnego treningu, lekkie rozbieganie i regeneracja. Trzymajcie kciuki!

Na trasie półmaratonu gliwickiego